Blog

Via Valais w Alpach Szwajcarskich – relacja

Via Valais – moja trzecia samotna wyprawa w stylu light&fast (chociaż tym razem najmniej fast za to najbardziej light), ale w rankingu najpiękniejszych szlaków – pierwsza! Poprzednim, czyli wyprawie na Lofoty i do Kornwalii nic nie brakowało i absolutnie mnie zachwyciły. Tym razem czułam się jednak przez tydzień jak w reklamie serka Almette i czekolady Milki, z całym jej majestatem 3- i 4-tysięczników, słońcem, górskimi jeziorami i świstakami. Trasę pokonałam sama w stylu self-support czyli korzystając z noclegów w schroniskach i robiąc 2x zakupy w sklepie. Cały swój bagaż niosłam na własnych plecach.

Co, gdzie, kiedy

200 km przez Alpy Pennińskie (pasmo Alp w Szwajcarii w kantonie Valais) między Verbier a Zermatt, 23-31 sierpnia 2020 r. Żeby napisać o Via Valais, powinnam najpierw wspomnieć o Haute Route. To szlak prowadzący przez Alpy w kantonie Valais. Liczy sobie +/- 190 km i na bazie tego szlaku powstała właśnie Via Valais, której nazwy nie znajdziecie na mapie (ale w internecie i owszem). A tak Via Valais opisują jej autorzy, szwajcarscy biegacze górscy:

„Ta wieloetapowa trasa prowadzi przez najpiękniejsze tereny Alp Szwajcarskich, nie tylko w górę i w dół, ale też trawersami wzdłuż dolin. Biegniemy pod licznymi 4000-metrowymi szczytami, wzdłuż lodowców i przez wysokie, alpejskie przełęcze.”

Oryginalnie Via Valais dzieli się na 9 jednodniowych etapów z dziennym kilometrażem między 17 a 30 km i przewyższeniami między 800 m a 2025 m. Ja podzieliłam ją na 8 dni i trochę zmodyfikowałam dzienne przebiegi, a nawet samą trasę, o czym poniżej.

Dzień 1. Verbier do Cabane d’Essertze (32 km, ↗ 1334 m)

Zaczyna się pokrzepiająco. W Le Chable spotykam przy śniadaniu starszego Anglika, który przyjechał zrobić jeszcze raz szlak Haute Route. Pokazuje mi szeroką bliznę na czole. To zeszłoroczna pamiątka po tym, jak spadł ze szlaku i zjechał jakieś 100 m w dół urwiska zatrzymując się czołem na kamieniu, po czym zalany krwią jakoś doczołgał się do miasteczka i tam dopiero otrzymał pomoc (tu tost z dżemem staje mi w gardle – może jeszcze nie jest za późno, żeby góry zamienić np. na objazd szwajcarskich miast i jezior). Z Anglika jednak twardy zawodnik – przyjechał właśnie zrobić ten szlak jeszcze raz, żeby dokończyć projekt. Przy drugim toście postanawiam więc, że też będę dzielna i jednak idę w góry.

Wjeżdzam razem z Anglikiem gondolką do Les Ruinettes i na górze, czuję się jakbym wyszła ze starej szafy prosto do Narnii. Ruszam ku pierwszej przełęczy, wąskie ścieżki, kamienie, strome urwiska, chmury, na horyzoncie ośnieżone szczyty, z lewej biega stado górskich koziołków. Ludzi za to jak na lekarstwo. Covid wymiótł turystów. Jest perfekcyjnie. Cały ten dzień jest perfekcyjnym wstępem do mojej wycieczki. Po całym dniu wśród alpejskich jezior i lasów zbiegam wreszcie do Cabane d’Essertze. Mam tu zamówiony nocleg i kolację. Mam farta, bo przy niedzieli serwują Raclette – szwajcarski serowy specjał. Mogę jeść do woli, tonąc w aromacie topiącego się pod palnikiem sera i w ciekawej rozmowie z gospodarzami i dwoma biegaczami, którzy też robią Via Valais, ale w wersji ekspresowej.

Dzień 2. Cabane d’Essertze do Cabane Aiguille Rouge (32,6 km, ↗ 1650 m)

Budzę się podekscytowana – przede mną dzień z przejściem przez przełęcz Pas de Chevres po drabinach, których się trochę obawiam. Ubieram się szybko w ciuchy przesiąknięte tak jak cała Cabane aromatem sera czyli starych skarpet, szybka owsianka, kawa, i ruszam. Po trawiastych zboczach znów czas na trawers wzdłuż jeziora – Lac de Dix, przy pięknej, gigantycznej tamie Le Grande Dixance. Malownicza, pełna kwiatów, ścieżka wzdłuż jeziora jest płaska i da się biec, częściowo tunelami. Wreszcie kolory ustępują miejsca kamienistej pustyni, która będzie mi towarzyszyć do końca dnia. Jest ostro pod górę i znów pusto. Trochę brakuje mi towarzystwa – szczególnie po wesołej wycieczce w Pireneje z czwórką znajomych. Na szlaku jest wtedy raźniej, a już zupełnie bezcenne są te wieczory, gdy można się razem pośmiać i powspominać dzień.

Z drugiej strony, w samotnej wyprawie jest coś magicznego. Włącza Ci się pełna uważność. Tu i teraz. Głębiej wszystko odczuwasz, rejestrujesz głosy, zauważasz zwierzęta i rośliny. Mózg i zmysły pracują na wyższych obrotach nie dekoncentrowane żadną rozmową ani żartami. Podejmujesz na bieżąco dziesiątki decyzji. To jest ciekawe doświadczenie i mimo, że teraz odczuwam trochę samotność, to lubię ten stan.
No dobra, gdzie te drabiny? Wreszcie po przedzieraniu się przez kamienie i głazy, dostrzegam je. Yyyy! Nie są takie straszne, ale na wszelki wypadek nie patrzę w dół tylko jak najszybciej wdrapuję się do góry licząc sobie kolejno stawiane na stopniach kroki. Uff, jestem na Pas de Chevres!

Pozostaje zejść do doliny i tym razem wdrapać się do schroniska zwanego Cabane Aiguille Rouge. Na ostatnich pięciu kilometrach jest ponad 400 m w górę. Nagrodą jest przepięknie położona Cabane – wyglądająca z dołu jak orle gniazdo. Zabieram się za gotowanie na swojej kuchence, potem czytam (czy pisałam, że tym razem wzięłam czytnik ebooków i to był strzał w dziesiątkę? 🙂 aż w końcu walę się spać.

Dzień 3. Cabane Aiguille Rouge do Cabane des Becs de Bosson (27 km, ↗ 2052 m)

Noc była koszmarem. Dokwaterowali mi do sali dwie kobiety, z których jedna chrapała tak, że chyba wojak Szwejk by jej nie dorównał. Po śniadaniu czeka mnie stromy zbieg do doliny w towarzystwie świstaków. Spokój przerywa nagle dziwny łoskot. Po drugiej stronie doliny właśnie zaczęła się kamienna lawina. Wielkie bloki toczą się w dół żlebem jak klocki lego, słychać huk, a po chwili nad doliną unoszą się obłoki szarego pyłu. Zapamiętuję, że w terenie kamienistym poruszamy się żwawo i nie robimy pikników. Przede mną takie zadanie: Zbiec z 2860 m npm do miasteczka na 1340 m, pobrać tam wodę i kasę z bankomatu, a następnie wgramolić się do kolejnej cabany na prawie 3000 m npm. Droga pod górę to piekło, stromo przez las, potem stromo przez jakieś trawiaste zbocza. Jestem tak zmęczona, że wprowadzam system „po każdych 100 m w górę 3 minuty odpoczynku” i jakoś to idzie.

W schronisku postanawiam wreszcie zainwestować w prysznic – za 10 CHF to pewnie będzie wypasik, gorąca woda i może nawet coś upiorę. Terefere, letnia woda leci najpierw przez 40 sekund, żeby się namoczyć, potem przestaje i człowiek się musi namydlić, a następnie znów leci przez jakieś 1,5 minuty, podczas których szybkimi ruchami trzeba spłukać z siebie pianę. O myciu głowy czy praniu można zapomnieć.

Przed cabaną, gdy gotuję sobie na kuchence wodę na liofa, poznaję miłego Szwajcara z ekipą. Częstują mnie lokalnym winem, które jest „special welcome local drink”. Why not? Umawiamy się wszyscy na oglądanie wschodu słońca następnego dnia. Dobrze nam się znajomość układa więc ekipa szwajcarsko-włoska zaprasza mnie do jadalni na fondue. Kolejny serowy klasyk lokalnej kuchni. Na stole ląduje specjalny podgrzewacz, na tym garnek pełen roztopionego sera, kostki chleba, dłuuuugie widelce, wino i już multikaloryczną, high-fatową imprezę mnożna zacząć. Taki garnek sera na 4 osoby kosztuje 88 CHF w schronisku (to po szybkim przeliczeniu 362 złote polskie). Ta noc jest jeszcze gorsza, prawdopodobnie wysokość nad poziomem morza robi swoje, bo budzę się o 1:40 w nocy i już nie mogę usnąć aż do wschodu. Za to wschód słońca jest piękny!

Dzień 4. Cabane Becs de Bosson do Zinal (28 km, ↗ 633 m)

Dziś wreszcie dzień odpoczynkowy. Tylko 633 m w górę, chociaż z drugiej strony sporo w dół. Najpierw muszę uzupełnić wodę, bo w schronisku nie ma bieżącej. Napełniam bidony wodą z jeziorka Lac de Lona, wykorzystując swój filtr MSR Trailshot Microfilter. Chyba działa, bo po wypiciu 1,5 litra nic złego z moim żołądkiem się nie dzieje. Zbiegam do turkusowego Lac de Moiry, podobno znaną i lubianą trasą dla mtb-riderów i gravelowców. Znów jest przepięknie.

Najbliższą noc spędzę w miasteczku i to ze sklepem, a to oznacza nielimitowaną wodę do picia z kranu, gorący prysznic, pranie i małe zakupy. Pokój z umywaleczką i łóżkiem jawi mi się niczym Holiday Inn. Poczucia, że jestem w raju dopełnia zimne piwo, krakersy, wifi i wreszcie gorący prysznic.

Dzień 5. Zinal do Gruben (19,7 km, ↗ 1390 m)

Tego dnia wchodzę na przełęcz Forcletta, z której chcę się wdrapać na pobliski trzytysięcznik. Początkowo jestem tam sama. Szczyt Omen Rosso (3031 m) chociaż bez szlaku to wydaje się osiągalny, ale lepiej czułabym się w towarzystwie. I wtedy nagle z drugiej strony przełęczy wchodzi na przełęcz trójka Holenderów – ojciec, córka i syn. Razem zdobywamy Omen Rosso, z którego wokół widać wyraźnie ośnieżone czterotysięczniki w pełnym słońcu. Wreszcie schodzę do Gruben w dolinie Turtmanntal, gdzie czeka mój nocleg. Śmieszna w dobie covidu sala wieloosobowa zaprzecza wszelkim obostrzeniom, ale na wszelki wypadek ludzie zajmują co drugi materac. Jeszcze kolacja pod drzewem z widokiem na wioskę i wieczór mija bardzo fajnie.

Dzień 6. Gruben do Zermatt (33,6 km, ↗ 2039 m)

Rano prognozy mówią, że po południu piękną pogodę szlag trafi. Strasznie mi szkoda – dzień 7. miał być spektakularny – wiszący most nad Randą, Europaweg i znów 3 tysięcznik. Postanawiam zmienić plan i jeszcze dziś dotrzeć do wiszącego mostu, chociaż oznacza to więcej pionu i więcej kilometrów. Do roboty!
Tabliczka w Gruben pokazuje, że na przełęcz Augstbordpass położoną 1000 m wyżej, można się dostać w 3 godziny. Tak zasuwam, że robię to w 1:55, póki co przy pięknej pogodzie i oczywiście znów w samotności. Żeby zdążyć na most przed deszczem, decyduję się na szybki zjazd gondolką z Jungen do miasteczka, skąd będę biegła do Randy. Zejście tam prowadzi przez las (zero widoków), jest strome, krótkie i ponoć nieciekawe.

Na dole, już po 10 minutach ruszam biegiem w kierunku Randy. Przede mną 9 kilometrów wzdłuż oznakowanej na stałe trasy Zermatt Marathon. Mój plecak od początku był lekki, bo razem z wodą i żarciem ważył 6,5 kg (mało ciuchów, bez namiotu i śpiwora), więc nie przeszkadza w biegu. W Randzie robię podejście pod most – jebutny pion, 600 m w górę na niecałych 3 kilometrach, ale zasuwam co sił w nogach, bo czuję na twarzy pierwsze krople deszczu. Muszę zdążyć, muszę zdążyć! Tu już spotykam sporo osób, ale wszyscy schodzą i niektórzy przestrzegają mnie, że trasa jest ciężka, a ma padać.

most Randa_Szwajcaria

Wreszcie jest! Hängebruecke czyli piękny, półkilometrowy wiszący most. Robię foty, kręcę filmik, ale nagle po przejściu 20 metrów spoglądam w dół, czuję że on się cały buja i łapie mnie panika. W głowie mam tylko abstrakcyjny, komiksowy obraz zrywającego się mostu i wylatujących w powietrze ludzików. Oczywiście jak to u Szwajcarów, zamocowany jest super solidnie, ale głowa mi szaleje, a nawet każe robić odwrót. Nie ma jednak takiej opcji, bo nie po to tyle się namęczyłam, żeby tu dotrzeć. No i muszę napierać do przodu, a nie cofać się. Przełamuję w głowie swoje lęki i nie patrząc w dół pokonuję te pół kilometra po 70-centymetrowej gibiącej się kładce. Brawo ja! Brawo moja głowa! Za mostem wyżymam z potu koszulkę. W Taesch zaczyna solidnie lać, więc łapię pociąg do Zermatt i podjeżdżam jeden przystanek, żeby dotrzeć do hostelu.

Dzień 7. Zermatt do Mountain Lodge Ze Seewjinu (15,1 km, ↗ 1000 m)

Bez-na-dzie-ja! Wszystko zamglone i pada! Nici z wycieczki po szlaku Europaweg, bo niedługo ma zacząć porządnie lać, a wyżej padać śnieg. W swoich Brooksach Cascadia nie mam tam czego szukać. Już w Karkonoszach na skałach dały popis NIE-przyczepności. Niestety mam zabukowany i opłacony nocleg w kolejnym schronisku w górach, więc muszę tam się znaleźć.
Spodnie przeciwdeszczowe, foliowe poncho i napieram w sporym już deszczu mijając po drodze tylko trenujących przed jutrzejszymi zawodami rowerowymi Enduro World Series ubłoconych bikerów. Dociera do mnie, że nie zobaczę wisienki na torcie tej wyprawy czyli szczytu Matterhorn. Robię nawet dodatkową wycieczkę w deszczu i błocie nad jezioro Stellisee skąd jest ponoć najlepszy widok na Matta, ale zamiast niego, jest tam „szara ściana”. Ech, trzeba więc będzie tu kiedyś wrócić.

Dzień 8. Mountain Lodge Ze Seewjinu do Zermatt (11,3 km, ↗ 60 m)

No cóż, a miało być tak pięknie. Zamiast triumfalnego pożegnania z Alpami i fotki z Matterhornem mam znów zejście w deszczu do Zermatt, skąd o 14 odchodzi mój pociąg do Genewy. Dekuję się na 3 godziny w MacDonaldzie, bo jest zimno a ja mam wszystko mokre i czekam. I podsumowuję.

Tak naprawdę była to wspaniała i najpiękniejsza moja wyprawa oraz kolejna super ciekawa przygoda biegowo-trekkingowa. Słońce 6/8 dni to w sumie i tak doskonały wynik (np. w porównaniu z deszczową Kornwalią) więc nie będę narzekać. Całej Via Valais nie zrobiłam, chociaż do mety, dotarłam, pokonując 200 km i 10.158 m w górę. Wiadomo że w górach karty rozdaje pogoda i nie ma co kląć – trzeba brać co jest. Także, jakby komuś przyszło do głowy zobaczyć z bliska trochę Alp to ten rejon bardzo polecam!

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.